poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Piątek, 5 sierpnia


Pierwszy tydzień zajęć za nami (weekend jest wolny), toteż pora na półmetkowe podsumowanie. Seminarium z Susan Hanssen to wyjątkowe doświadczenie: rzadko zdarza się spotkać kogoś, kto z taką pasją opowiada o historii. Nigdy też chyba nie zapomnę jej wykresów, dat i grafik zapełniających całą tablicę, która z każdą kolejną inskrypcją coraz mocniej przypomina staroegipskie hieroglify. Oto kilka luźnych przykładów niepowtarzalnego stylu Susan (po paru dniach trudno nie mówić jej po imieniu, bo jest osobą nieustannie uśmiechniętą i niezwykle towarzyską):

– Rozpoczynanie każdych, ale to każdych zajęć od nakreślenia linii czasu wraz z komentarzem: „Jesteście tutaj: rok 2011, sierpień, Uniwersytet w Princeton. 1900, 1800, 1700, 1600, 1500 – mówiąc to, Susan zaznacza kolejne daty. – Rok 1492, rok 1517. Fourteen ninety-two, Columbus sails the ocean blue. Fifteen seventeen, Martin Luther and the beginnings of Reformation”. Rym „two-blue” pozostanie mi chyba w głowie do końca życia.

– Wygłoszenie hasła: „Czytanie jako doświadczenie całego ciała”, któremu towarzyszyło równie spontaniczne, co frenetyczne kreślenie długopisem po książce.

– Wykopanie na bok kawałka kredy, który przypadkiem spadł na podłogę.

– I tak dalej, i tak dalej.

W jednym z serwisów, w którym amerykańscy studenci oceniają wykładowców, Susan otrzymała kilkanaście entuzjastycznych komentarzy – nie przez przypadek. Ale zdarzyły się także dwie bardziej sceptyczne opinie, z którymi również muszę się zgodzić. Susan mówi dość chaotycznie, co chwila rzuca dygresjami i żartami, czasami przeważająca część zajęć jest nie na temat. Zapewne wyjdę z tego seminarium z nową wiedzą o intelektualnej historii Stanów Zjednoczonych (wcześniej nawet nie zdawałem sobie sprawy, że są w Ameryce uczeni, którzy temu zagadnieniu poświęcają swoją naukową karierę), niemniej jednak wolałbym, abyśmy trochę więcej czasu poświęcali książce Christophera Dawsona. Tym bardziej, że Progress and Religion: An Historical Inquiry to naprawdę wartościowa pozycja i odświeżające spojrzenie na rolę religii chrześcijańskiej w historii kultury. Gdzież Dawkinsowi do Dawsona!

Z Thomasem D’Andreą (powoli przekonuję się do tego, aby i jego nazywać po prostu Tomem – to pewnie świadczy o różnicy między polskimi i amerykańskimi wykładowcami) sprawa jest równie skomplikowana. Owszem, nie sposób mu odmówić ani inteligencji, ani poczucia humoru, które wydawałoby się sugerować, że do omawianych zagadnień podchodzi z dystansem. Równocześnie jednak coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że D’Andrea podchodzi dość bezkrytycznie do prac Tomasza z Akwinu i Erica Voegelina (jeżeli nie usłyszeliście wcześniej tego nazwiska, to nie macie się co martwić – ja też dotąd nie miałem pojęcia, że ktoś taki w ogóle istnieje). Na zajęciach nie zawsze można jasno określić, kiedy omawiamy konkretne teksty, a kiedy prowadzący przedstawia ontologiczne prawdy o naszym świecie – jest to dość niepokojące u akademika.

Dla rozluźnienia dodam, że nauczyliśmy się z Wojtkiem siadać blisko Toma. Ostatnio dwa razy się nie udało i potem na seminariach nie było łatwo – tak jak pisałem, D’Andrea mówi niekiedy dość cicho. Można było się tym nie przejmować, kiedy zaprosił nas na piwo (czy wspominałem o różnicy między polskimi i amerykańskimi wykładowcami?), ale podczas zajęć to trochę przeszkadza. Raz Wojtek poprosił, żeby Tom mówił nieco głośniej, jednak na dłuższą metę nic to nie zmieniło. Trudno, mamy przynajmniej motywację, aby zjawiać się na seminarium na kilka minut przed godziną zero i zajmować krzesła strategicznie ulokowane.

A już jutro – ćwiercoficjalna wycieczka do Nowego Jorku, którą dla uczestników seminarium organizuje nie kto inny, jak właśnie Thomas D’Andrea. First we take Manhattan!

Czwartek, 4 sierpnia


Pierwszym uniwersytetem w (nowo powstałych) Stanach Zjednoczonych był Harvard. W 1636 założyli go imigranci-Purytanie, chcąc zachować średniowieczny ideał kształcenia we wszystkich sztukach wyzwolonych, trivium i quadrivium. Uciekli przecież z Wielkiej Brytanii, gdzie uczelnie trafiły pod władzę państwa i przestały służyć religijnym ideałom. Niecałe 80 lat później konserwatywna grupa Kongragacjonalistów zakłada uniwersytet Yale (1701). Dwa pokolenia później kolejna grupa – tym razem Szkockich Prezbiterian – postanowiła niezależnie podążać śladem średniowiecznych ideałów religijnego kształcenia, bo Yale za bardzo działało już na potrzeby państwa. Tak w 1746 roku powstał College of New Jersey, gdzie naukę rozpoczęło 10 uczniów przygotowujących się do ról prezbiteriańskich kapłanów. To pewnie ironiczny uśmiech historii, że 150 lat po jego założeniu nazwę uczelni zamieniono na Princeton University wskutek słów ówczesnego rektora, Woodrowa Wilsona, który mówił o „Princeton in the nation’s service”…

Na początku trudno uwierzyć, że w porośniętym bluszczem Nassau Hall mieścił się kiedyś cały uniwersytet. Wydziały, akademiki, biura, jadalnie, kaplica: to, co dziś zajmuje powierzchnię rozległego kampusu, dawniej zawierało się w tym budynku. Później, w czasie wojny o niepodległość, swoją bazę swoją bazę mieli tu najpierw Brytyjczycy, a później Amerykanie. George Washington opracowywał tam plany bitew, a w pobliskim Nassau Inn wieczorami popijał piwo.



W różnych miejscach kampusu można natknąć się na tygrysy (na szczęście skamieniałe). Dziwne o tyle, że pierwotnym symbolem uniwersytetu był… lew. Któregoś roku podczas rozgrywek sportowych komentator pomylił się, widząc czarno-pomarańczowych zawodników z Princeton i nazwa się przyjęła. W ogóle Princeton jest w sporcie mocne. Tutejsi studenci mają tradycję rozpalać wielkie ognisko, kiedy ich drużyna pokona w danym roku zarówno Harvard, jak i Yale, swoich „odwiecznych” wrogów.

Nieopodal Nassau Hall wznosi się kaplica uniwersytecka (czytaj: katedra…). Wznosi tak wysoko, że w świecie uniwersyteckim przewyższa ją tylko ogromny gmach kaplicy w King’s College w Cambridge. Chociaż powstała zaledwie 80 lat temu, to już z daleka promieniuje średniowieczem, gotyckie okna w stylu angielskim podtrzymują niezwykłe witraże (niektóre przedstawiają świeckich uczonych), a wysokie sklepienie ginie w mroku wysoko ponad głowami.



W ogóle wygodnie mają tutejsi studenci: kampus ma własną stację kolejową, gdzie kursuje krótki pociąg łączący uniwersytet z główną linią kolejową biegnącą przez miasto nieopodal. Tzw. Dinky ma zwykle dwa wagony i kursuje co pół godziny przez prawie całą dobę. W ten sposób w niecałą godzinę można znaleźć się na Manhattanie.

Ciekawsza historia wiąże się natomiast z tymi, którzy do uniwersytetu przyjeżdżali. Dawniej stacja mieściła się na niewielkiej polanie, nad którą wzniesiono wielką gotycką bramę. Nowo przyjęci studenci musieli wspiąć się po schodach i przejść przez ten symboliczny portal do świata uniwersyteckiego. Naraz naprzeciwko roztaczał się im szczególny widok: ściana Alexander Hall z różowego piaskowca przyozdobiona ogromną płaskorzeźbą. Na niej zaś, z obu stron, szereg postaci schylających się w pokornej pozie do tej, która pośrodku zasiada na tronie – to poszczególne nauki składające hołd Uczeniu się. Tak zainspirowani studenci mieli się przykładnie uczyć przez następne 4 lata.



I chyba było to skuteczne. Większość uczelni buduje swój prestiż na bazie osiągnięć swoich studentów. Princeton też ma się czym pochwalić: przez mury kampusu przewinęły się takie umysły, jak John Nash, Albert Einstein, Woodrow Wilson czy James Madison (dla ekonomistów dodam jeszcze: Ben Bernanke i Paul Krugman). Nawet J.F.Kennedy studiował tu przez chwilę!

P.S.
Z Alexander Hall wiąże się ciekawa historia: Alexander był studentem architektury i zaprojektował ów budynek jako swoją pracę magisterską. Bez skutku – projekt oblano, a on musiał powtarzać rok. Wiele lat później, już po ukończeniu studiów i rozsławieniu się w branży, postanowił przekazać dla uniwersytetu pokaźną sumę pieniędzy – pod jednym warunkiem: odrzucony projekt magisterki zostanie jednak zrealizowany. Tak też się stało i kampus przyozdobił piękny budynek w stylu romańskim. Niestety wnętrze nie było na równie wysokim poziomie i szybko okazało się, że akustyka w nowej sali koncertowej jest beznadziejna…

P.S.2.
Warto przy okazji wspomnieć o sponsorach. Wpisane w amerykańską kulturę jest to, że absolwenci uczelni zaczynają bardzo szybko dzielić się z Alma mater swoimi dochodami. W Princeton działa to tak skutecznie, że uniwersytet ma nadmiar funduszy i kiedyś rozważano nawet całkowite zniesienie opłat dla studentów (nie udało się to ze względu na protesty i zarzuty o nieuczciwą konkurencję ze strony Harvardu i innych konkurujących z Princeton uczelni!...). Natomiast większe inwestycje podejmowane są zwykle dzięki pomocy sponsorów. Woodrow Wilson (kiedy jeszcze był rektorem uczelni) oprowadzał kiedyś Andrew Carnegiego do pomocy finansowej. Po długim spacerze po kampusie i jeszcze dłuższych rozmowach, Carnegie stwierdził: „jednego mi tu brakuje – jeziora i osady wioślarskiej”. Po tygodni zjawiło się 100 robotników i rozpoczęło prace nad kopaniem sztucznego jeziora…

niedziela, 7 sierpnia 2011

Środa 3 sierpnia

Tradycja akademicka w Princeton? Thomas D'Andrea ocenia ją krytycznie. Na uniwersytet trafia coraz więcej imigrantów z różnych stron świata, a starych zwyczajów uczelnianych jest zbyt mało, aby dostarczyć wszystkim studentom wspólnego języka. W rezultacie kontakt przybyszów z historią miasta i samej wszechnicy staje się powierzchowny, a gdy po paru latach opuszczają mury uniwersytetu, nie są z nim związani tak mocno, jak absolwenci niektórych innych uczelni (D'Andrea podaje tu zwłaszcza przykłady Oksfordu i Cambridge, dobrze mu znanych dzięki temu, że sam jest pracownikiem akademickim w Wielkiej Brytanii).

Tak oto jedna z najsłynniejszych uczelni świata stopniowo traci swój dawny charakter, stając się tylko (a może "aż", skoro piszę to z polskiej perspektywy) jednym z kilkunastu ważnych amerykańskich uniwersytetów.

Przy okazji warto wspomnieć o krótkiej historii uczelni wyższych w USA, którą podczas jednego z wykładów przedstawiła Susan Hanssen. Wiele z uniwersytetów w Ameryce Północnej powstało w pierwszej połowie XVIII wieku jako liberal arts colleges (odnoszę wrażenie, że angielski termin brzmi lepiej niż "kolegia sztuk wyzwolonych"). Zakładali je purytanie negatywnie nastawieni do europejskiej polityki (pamiętajmy, że już niedługo zacznie się wojna kolonistów z Brytyjczykami), w tym do coraz silniejszej nowożytnej idei państwa narodowego. Wyjściem, które zaproponowali, był powrót do osłabłej w Europie, szacownej średniowiecznej tradycji artes liberales. Małe amerykańskie kolegia miały kształcić czynnych uczestników ówczesnego życia politycznego i społecznego.

Wszelako w XIX wieku amerykańskie uniwersytety zaczęły przejmować model niemiecki, zakładający funkcjonowanie dużych uczelni skoncentrowanych w znacznej mierze na badaniach naukowych, ze szczególnym uwzględnieniem żywo rozwijających się nauk empirycznych: najpierw fizyki, biologii, chemii, a następnie socjologii czy psychologii. Wraz z przemianami XX wieku doprowadziło to do tego, że rozbieżności między amerykańską oraz europejską edukacją wyższą są obecnie znacznie mniej istotne niż w czasach oświecenia i romantyzmu. Niemniej jednak w USA w dalszym ciągu można dostrzec różnice między małymi "kolegiami" a dużymi "uniwersytetami".

W następnym odcinku -- ciekawostki z historii Uniwersytetu w Princeton!

Wtorek, 2 sierpnia

Ostatnie dni w całych Stanach Zjednoczonych upłynęły pod znakiem wielkiego sporu o amerykański dług publiczny. Jeżeli Kongres nie uchwali ustawy podwyższającej dopuszczalny poziom długu (który swoją drogą wzrósł o jakieś 100% podczas rządów George'a Busha, w sporym stopniu zapewne wskutek wojny w Iraku), konsekwencje dla gospodarki USA będą katastrofalne. Nawet jeżeli Republikanie i Demokraci (tudzież przedstawiciele Partii Herbacianej, równie dziwnej jak jej nazwa) zdołają się w końcu porozumieć, to jedna wiadomość i tak poszła w świat: Stany Zjednoczone Ameryki są kolosem na glinianych nogach. Dobrobyt lat siedemdziesiątych trwa już tylko we wspomnieniach.

Tyle o wielkim świecie, wracamy do małego (30 tysięcy mieszkańców) Princeton. Seminaria to jednak głównie wykłady, tak jak przewidywał wujek Wojtka. Przypuszczałem, że będą mieć bardziej ćwiczeniowy charakter. Liczyłem też na to, że szybciej zaczniemy pracę nad tekstami, które mieliśmy zawczasu przeczytać; na razie rozmawiamy (czy raczej słuchamy) przede wszystkim o ogólnych kontekstach i założeniach. No, ale zobaczymy, co będzie dalej.

Tymczasem wypada jeszcze opisać naszego drugiego wykładowcę, z którym mamy dwie trzecie zajęć (łączny program kursu obejmuje trzy seminaria dziennie: od 9.15 do 10.45, od 11 do 12.30 oraz od 14 do 15.30). Thomas D'Andrea na co dzień pracuje na Uniwersytecie w Cambridge w Wielkiej Brytanii, ale wszystko wskazuje, że podobnie jak Susan Hanssen jest Amerykaninem. Nie przypomina jednak stereotypowego mieszkańca tego kraju: wydaje się raczej introwertykiem, niekiedy ścisza głos tak bardzo, że trudno go zrozumieć.

Ciekawe, którego z prowadzących pod koniec zajęć ocenię wyżej.


PS. Jak się w końcu okazało, amerykańscy kongresmeni z trudem doszli do porozumienia. Ale ich krótkowzroczność nie pozostała bez konsekwencji. Ocena wiarygodności kredytow udzielanych rządowi Stanów Zjednoczonych została obniżona, z maksymalnego poziomu AAA do znacznie mniej satysfakcjonującej rangi AA+.

Obywatele USA już wkrótce odczują to wszystko na własnej skórze, kiedy wzrosną stawki kredytów w bankach krajowych. Ale być może najważniejszym skutkiem kryzysu w Kongresie będzie utrata wiary w siłę amerykańskiego giganta, i tak już mocno nadwerężonej załamaniem finansowym roku 2008.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Poniedziałek, 1 sierpnia


1.
Wojtek: So what’s typical American food?
Matthew: That’s a good question actually…we can do pretty good pizza or pasta, and a hamburger of course…
Wojtek: But that’s not really American, that’s immigrant food!...

Z rozmowy tej wyłonił nam się obraz Stanów Zjednoczonych jako mieszanki różnych narodowości, które wprawdzie żyją obok siebie, ale nie za sobą. Innymi słowy, jest zaskakująco mało mieszania się kultur i wzajemnych wpływów różnych narodowości (zwłaszcza jeśli chodzi o jedzenie). Staszek, nasz dyżurny psycholog, zasugerował, że być może grupy imigrantów (które przecież uciekły ze swoich ojczyzn najczęściej w formie protestu na zmiany, jakie w nich zachodziły) podkreślają swoją tożsamość właśnie poprzez niezależność kuchni i zwyczajów. Matthew przytaknął i w ten sposób mieśmy fast answer (jakościowo podobne do fast food) na pytanie o brak stricte amerykańskich potraw.

2.
Pierwszy dzień wykładów zasługuje na to, żeby je opisać. Przede wszystkim jednak wypadałoby napisać o wykładowcach, ale ci niejako wymykają się słowom. Zwłaszcza Susan Hansen, historyczkę. Ale i tak spróbuję.

Wyobraźcie sobie Robina Williamsa w filmie „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, kiedy roztacza przed swoimi studentami sens analizowanej poezji, sam wciela się w postacie, o których opowiada


Dodajcie do tego energię Aragona, który przekrzykuje wiatr i szczęk zbroi i zagrzewa wszystkich do walki:


Żeby przedstawienie było pełne, wyobraźcie sobie jeszcze, że Dr. Hansen bardzo lubi pisać kredą na tablicy. Kończy się to abstrakcyjną kompozycją liter i linii, które stanowią symboliczne przedstawienie tematu…


Niedziela, 31 lipca

(Uwaga czytelnicy! Nasz blog jest opóźniony o: 4 dni. Opóźnienie bloga może ulec zmianie.)


1. Wmaszerował amerykański sztandar i dwie kolumny kombatantów w rogatywkach błyszczących od orderów. On szedł na końcu.

- Good morning! – krzyknął.
- Good morning! – odpowiedzieli chórem zebrani.

Zagrało pianino, a dziewczyna ciągnęła pieśń w tonacji pop. 20 minut później wszyscy wokół zaczęli podawać sobie ręce i machać do tych, których nie mogli dosięgnąć. Jakaś starsza pani 3 rzędy dalej puściła mi nawet „oczko”.

Nie wiem jak czuł się z tym Chrystus na krzyżu, który miał być, jak się zdaje, w centrum tego wszystkiego. Może tak jak ja, trochę nieswojo. Ale z drugiej strony, na pewno podobało mu się głębokie kazanie, które wygłosił diakon. Albo pełne napięcia i oddania twarze zebranych na mszy starszych ludzi. Albo czytanie, które wypowiedziane głębokim amerykańskim (niemal filmowym) głosem brzmiało przejmująco, jak gdyby to sam apostoł odczytywał swój list do zgromadzenia. Zdaje się, że amerykańska religijność niejednym nas jeszcze zaskoczy.

2. Ostatnią rzeczą, której chciałoby się spodziewać po emigrantach, którzy zostawili za sobą Europę z jej wiekową tradycją, kulturą i stylem jest to, że – kiedy już dopłyną do swojej ziemi obiecanej – zbudują swoje państwo na wzór tego, które zostawili za oceanem. Przykładów na to jest wiele, a Uniwersytet w Princeton jest jednym z nich. Neogotyckie college i kościoły, żywcem przeniesione z Oxfordu i Cambridge, dają złudzenie wielu lat tradycji (podobnie zresztą ma się rzecz w Harvardzie, Yale, William and Mary i wielu innych uniwersytetach w Stanach).

Princeton, chociaż malutkie, jest urocze. Campus jest pełen zieleni i ścieżek, które geometrycznie dzielą go na części (co i tak nie ratuje nas od gubienia drogi). Nie ma tu nic, co mogłoby psuć bajkowy krajobraz. Są natomiast słupki z niebieskimi światełkami znaczącymi miejsca, z których telefonem wewnętrznym można wezwać pomoc.

Ponadto na każdym kroku widać lojalność (albo niepisany przymus) dawnych absolwentów względem swojej uczelni: prawie każdy budynek, plac czy alejka są sponsorowane przez indywidualnego darczyńcę albo grupę z konkretnego rocznika. Nadaje to budynkom ludzką twarz bardziej, niż rzeźby zasłużonych w świecie Princetończyków…

3. Jest nas 23. 20 Amerykanów, 2 Polaków i Meksykanin. Większość studiowała filozofię lub coś pokrewnego, więc z naszą ekonomią i psychologią nieco odstajemy od normy. Wszyscy natomiast są w miarę mili i można z nimi fajnie pogadać. Zapowiada się na ciekawe i sympatyczne 2 tygodnie!

wtorek, 2 sierpnia 2011

Sobota 30 lipca

1. Rasizm czy ponura rzeczywistość? Czarnoskórzy Amerykanie to zaledwie 12% społeczeństwa, a jednocześnie ponoć aż 80% więźniów. Zatem czy niechęć do tego, by mieć Murzyna za sąsiada, pracownika czy lokatora, to rzeczywiście uprzedzenie? Z drugiej strony ta negatywna reputacja wpływa na to, że standard życia czarnoskórych oraz ich sytuacja społeczna są najczęściej dużo gorsze niż u białych, co sprzyja wysokiej przestępczości. W ten sposób koło się zamyka i nawet czarnoskóry prezydent nie ma na to wielkiego wpływu, bo oprócz zmian w amerykańskiej świadomości potrzebne są też zmiany w systemie.

2. W Stanach nie chodzi się piechotą; amerykańska średnia to ponad dwa samochody na rodzinę. Paramus, w którym zatrzymaliśmy się na trzy dni, jest siecią ulic i autostrad, wokół których wyrosły centra handlowe z wielkimi parkingami oraz piękne domy otoczone mnóstwem zieleni. Życie płynie albo w domu, albo w mallu – trudno byłoby kogokolwiek podejrzewać o chęć przechadzek wzdłuż pięciopasmowych ulic. Nie ma też ani autobusów miejskich, ani ścieżek rowerowych, ani nawet chodników poza terenem osiedli. Przestrzeń publiczna jest zbyt rozległa, żeby spotykać się z nią sam na sam. Niezbędny jest pośrednik: samochód.

3. Ameryka to dziwna kraina, w której płaci się za odbieranie SMS-ów. Dobrze przeczytaliście, odbieranie. Wiedziałem, że musi istnieć taka dziedzina życia, w której mieszkańcy Stanów Zjednoczonych nie są jeszcze ucywilizowani. Trzeba im jednak oddać, że pod pewnym względem ucywilizowali się aż za bardzo: telefon z kontraktem na 90 dni można teoretycznie zwrócić nawet po 90 dniach użytkowania (byle w oryginalnym pudełku). Nie trzeba podobno żadnych tłumaczeń, wystarczy być niezadowolonym z jakości produktu. Już się zastanawiamy, czy we wrześniu to zadziała…

4. Co oprócz starej nokii z nowym numerem można kupić w Ameryce? Między innymi czajnik z oryginalną harmonijką Hohnera, który gwiżdże – czajnik, nie Hohner – na dwa tony. A co można zobaczyć na biurku pracownika AAA (związku 51 klubów samochodowych, który oferuje bezcenną pomoc podróżującym autem przez Stany)? A Clash of Kings, drugi tom coraz lepiej znanego cyklu George’a Martina. W Nowym Jorku jest już autobus pomalowany w barwy Gry o tron, toteż czekamy tylko na billboardy wyświetlające sceny z serialu.

Może wtedy Wojtek w końcu się zgodzi obejrzeć przynajmniej dwa odcinki? Trzymajcie kciuki!

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Piątek 29 lipca

– Staszku, teraz twoja pora na wpis.

– Ale ja nie mam tutaj laptopa.

– No to pisz na papierze.

– Na papierze będę pisał bloga? Jak zwierzęta?!

Piątek najlepiej streszcza hasło: perfect timing. Na plażę w New Jersey wujkowie Wojtka przywieźli nas o 16.05 – później niż zamierzaliśmy, a to z powodu dużego ruchu. W USA jest tyle samochodów, że zatory powstają nawet na pięciopasmowych drogach. Ale nie ma tego złego, co by na tańsze nie wyszło: ciepłe wody Atlantyku (i niemałe fale) były płatne, jednak tylko do 16. Oszczędziliśmy w ten sposób po trzy dolary. Czas sprzyjał nam także później: tuż po tym, jak trafiliśmy do nadbrzeżnej restauracji, zaczął padać ulewny deszcz. How much is this umbrella?, wołał do jednej ze śmiałych Amerykanek wujek Wojtka – niestety parasolka nie była na sprzedaż.

Przy okazji zobaczyliśmy, że Amerykanie są naprawdę bezpośredni. Wujek stwierdził, że jego drink ma za mało alkoholu, i poskarżył się kelnerce, przytaczając recepturę. Ciocia natomiast odmówiła przyjęcia głównego dania, jakie jej przyniesiono, bo ryba była „jakaś nie taka”. Caithlyn, która nas obsługiwała, przyniosła nowe porcje bez jednego mrugnięcia, z uśmiechem na ustach. Widocznie w Stanach dobrze zdają sobie sprawę z tego, że lepiej stracić kilka dolarów, niż klienta i jego sieć społeczna. Gdyby z zamianą porcji były problemy, wujkowie Wojtka zapewne nie odwiedziliby już tego miejsca, może tez odradzaliby to znajomym. A co na to wszystko polscy restauratorzy?

Swoja drogą budynki w New Jersey są piękne. Chyba większość domów w tym stanie ma albo fasadę z cegieł, albo tzw. boarding, czyli elewację z poziomych lub pionowych desek zachodzących na siebie jak dachówki. Przypomina to nieco (tak przynajmniej twierdzi Wojtek) skandynawskie domki, ale one są nierzadko budowane w całości z drewna, a tutaj służy ono jedynie jako budulec fasady. Da się też dostrzec podobieństwo do domków w Anglii (tak przynajmniej twierdzi Wojtek).

Tak czy inaczej, architektura domów w New Jersey urzeka: dobrze dobrane kolory, wyraźny styl z klasycyzującymi detalami, no i przede wszystkim to, że zarówno same budynki, jak i ich otoczenie są po prostu w bardzo dobrym stanie. Kiedy w Polsce budowano perły architektury sowieckiej i bloki osiedlowe – dziś niszczejące – tutaj powstawały rzędy domków, które do tej pory wyglądają czysto i schludnie.

Jedyny problem: mało czytamy. Nie zdążyliśmy przeczytać wszystkich lektur na zaczynające się w poniedziałek seminarium, a nasza średnia z ostatnich dwu dni to jakieś 10 stron na dobę. Lekturze nie sprzyja ani krótki sen w nocy ze środy na czwartek, ani twarda walka z jet lagiem. Chyba nie przeczytamy wszystkiego – pozostaje nadzieja, że inni uczestnicy kursu są studentami godnymi swego miana.

Na koniec chciałem pozdrowić notatki Wojtka, które przyczyniły się do powstania tego wpisu. Dziekuję za to, że jesteście zawsze blisko!