poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Piątek, 5 sierpnia


Pierwszy tydzień zajęć za nami (weekend jest wolny), toteż pora na półmetkowe podsumowanie. Seminarium z Susan Hanssen to wyjątkowe doświadczenie: rzadko zdarza się spotkać kogoś, kto z taką pasją opowiada o historii. Nigdy też chyba nie zapomnę jej wykresów, dat i grafik zapełniających całą tablicę, która z każdą kolejną inskrypcją coraz mocniej przypomina staroegipskie hieroglify. Oto kilka luźnych przykładów niepowtarzalnego stylu Susan (po paru dniach trudno nie mówić jej po imieniu, bo jest osobą nieustannie uśmiechniętą i niezwykle towarzyską):

– Rozpoczynanie każdych, ale to każdych zajęć od nakreślenia linii czasu wraz z komentarzem: „Jesteście tutaj: rok 2011, sierpień, Uniwersytet w Princeton. 1900, 1800, 1700, 1600, 1500 – mówiąc to, Susan zaznacza kolejne daty. – Rok 1492, rok 1517. Fourteen ninety-two, Columbus sails the ocean blue. Fifteen seventeen, Martin Luther and the beginnings of Reformation”. Rym „two-blue” pozostanie mi chyba w głowie do końca życia.

– Wygłoszenie hasła: „Czytanie jako doświadczenie całego ciała”, któremu towarzyszyło równie spontaniczne, co frenetyczne kreślenie długopisem po książce.

– Wykopanie na bok kawałka kredy, który przypadkiem spadł na podłogę.

– I tak dalej, i tak dalej.

W jednym z serwisów, w którym amerykańscy studenci oceniają wykładowców, Susan otrzymała kilkanaście entuzjastycznych komentarzy – nie przez przypadek. Ale zdarzyły się także dwie bardziej sceptyczne opinie, z którymi również muszę się zgodzić. Susan mówi dość chaotycznie, co chwila rzuca dygresjami i żartami, czasami przeważająca część zajęć jest nie na temat. Zapewne wyjdę z tego seminarium z nową wiedzą o intelektualnej historii Stanów Zjednoczonych (wcześniej nawet nie zdawałem sobie sprawy, że są w Ameryce uczeni, którzy temu zagadnieniu poświęcają swoją naukową karierę), niemniej jednak wolałbym, abyśmy trochę więcej czasu poświęcali książce Christophera Dawsona. Tym bardziej, że Progress and Religion: An Historical Inquiry to naprawdę wartościowa pozycja i odświeżające spojrzenie na rolę religii chrześcijańskiej w historii kultury. Gdzież Dawkinsowi do Dawsona!

Z Thomasem D’Andreą (powoli przekonuję się do tego, aby i jego nazywać po prostu Tomem – to pewnie świadczy o różnicy między polskimi i amerykańskimi wykładowcami) sprawa jest równie skomplikowana. Owszem, nie sposób mu odmówić ani inteligencji, ani poczucia humoru, które wydawałoby się sugerować, że do omawianych zagadnień podchodzi z dystansem. Równocześnie jednak coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że D’Andrea podchodzi dość bezkrytycznie do prac Tomasza z Akwinu i Erica Voegelina (jeżeli nie usłyszeliście wcześniej tego nazwiska, to nie macie się co martwić – ja też dotąd nie miałem pojęcia, że ktoś taki w ogóle istnieje). Na zajęciach nie zawsze można jasno określić, kiedy omawiamy konkretne teksty, a kiedy prowadzący przedstawia ontologiczne prawdy o naszym świecie – jest to dość niepokojące u akademika.

Dla rozluźnienia dodam, że nauczyliśmy się z Wojtkiem siadać blisko Toma. Ostatnio dwa razy się nie udało i potem na seminariach nie było łatwo – tak jak pisałem, D’Andrea mówi niekiedy dość cicho. Można było się tym nie przejmować, kiedy zaprosił nas na piwo (czy wspominałem o różnicy między polskimi i amerykańskimi wykładowcami?), ale podczas zajęć to trochę przeszkadza. Raz Wojtek poprosił, żeby Tom mówił nieco głośniej, jednak na dłuższą metę nic to nie zmieniło. Trudno, mamy przynajmniej motywację, aby zjawiać się na seminarium na kilka minut przed godziną zero i zajmować krzesła strategicznie ulokowane.

A już jutro – ćwiercoficjalna wycieczka do Nowego Jorku, którą dla uczestników seminarium organizuje nie kto inny, jak właśnie Thomas D’Andrea. First we take Manhattan!

3 komentarze:

  1. ...then we take Berlin! :)

    +1

    OdpowiedzUsuń
  2. "W jednym z serwisów, w którym amerykańscy studenci oceniają wykładowców, Susan otrzymała kilkanaście entuzjastycznych komentarzy – nie przez przypadek."

    Moim skromnym wykładowcy-showmani wyrządzają nierzadko krzywdę studentom (szczególnie takim z mniejszą ilością XP), gdyż sugerują im (nieumyślnie), iż entertainment = education. Niestety, rzeczywistość jest brutalna.

    Z drugiej strony jestem też zdania, że z wykładów człowiek nie nauczy się za dużo, bo nic nie zastąpi źródeł pisemnych, czyt. opasłych tomiszcz, i wgryzania się w takowe z ołówkiem w ręku. Wykład powinien więc nie tyle nauczać przedmiotu, co do niego inspirować.

    Tylko czy studenci lubujący się w wykładach-show o tym wiedzą?

    Hm.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla porzadku dodam, ze ten wpis jest mojego autorstwa, tylko wrzucony zostal przez Wojtka.

    Borysie, zgadzam sie z Toba w calej rozciaglosci i stu procentach. Rzeczywiscie istnieje ryzyko, ze wielu studentow (zwlaszcza tych mniej doswiadczonych) nabierze mylnego przekonania, iz cala nauka wyglada tak samo jak wyklady showmanow (oraz showwomen).

    OdpowiedzUsuń