czwartek, 4 sierpnia 2011

Niedziela, 31 lipca

(Uwaga czytelnicy! Nasz blog jest opóźniony o: 4 dni. Opóźnienie bloga może ulec zmianie.)


1. Wmaszerował amerykański sztandar i dwie kolumny kombatantów w rogatywkach błyszczących od orderów. On szedł na końcu.

- Good morning! – krzyknął.
- Good morning! – odpowiedzieli chórem zebrani.

Zagrało pianino, a dziewczyna ciągnęła pieśń w tonacji pop. 20 minut później wszyscy wokół zaczęli podawać sobie ręce i machać do tych, których nie mogli dosięgnąć. Jakaś starsza pani 3 rzędy dalej puściła mi nawet „oczko”.

Nie wiem jak czuł się z tym Chrystus na krzyżu, który miał być, jak się zdaje, w centrum tego wszystkiego. Może tak jak ja, trochę nieswojo. Ale z drugiej strony, na pewno podobało mu się głębokie kazanie, które wygłosił diakon. Albo pełne napięcia i oddania twarze zebranych na mszy starszych ludzi. Albo czytanie, które wypowiedziane głębokim amerykańskim (niemal filmowym) głosem brzmiało przejmująco, jak gdyby to sam apostoł odczytywał swój list do zgromadzenia. Zdaje się, że amerykańska religijność niejednym nas jeszcze zaskoczy.

2. Ostatnią rzeczą, której chciałoby się spodziewać po emigrantach, którzy zostawili za sobą Europę z jej wiekową tradycją, kulturą i stylem jest to, że – kiedy już dopłyną do swojej ziemi obiecanej – zbudują swoje państwo na wzór tego, które zostawili za oceanem. Przykładów na to jest wiele, a Uniwersytet w Princeton jest jednym z nich. Neogotyckie college i kościoły, żywcem przeniesione z Oxfordu i Cambridge, dają złudzenie wielu lat tradycji (podobnie zresztą ma się rzecz w Harvardzie, Yale, William and Mary i wielu innych uniwersytetach w Stanach).

Princeton, chociaż malutkie, jest urocze. Campus jest pełen zieleni i ścieżek, które geometrycznie dzielą go na części (co i tak nie ratuje nas od gubienia drogi). Nie ma tu nic, co mogłoby psuć bajkowy krajobraz. Są natomiast słupki z niebieskimi światełkami znaczącymi miejsca, z których telefonem wewnętrznym można wezwać pomoc.

Ponadto na każdym kroku widać lojalność (albo niepisany przymus) dawnych absolwentów względem swojej uczelni: prawie każdy budynek, plac czy alejka są sponsorowane przez indywidualnego darczyńcę albo grupę z konkretnego rocznika. Nadaje to budynkom ludzką twarz bardziej, niż rzeźby zasłużonych w świecie Princetończyków…

3. Jest nas 23. 20 Amerykanów, 2 Polaków i Meksykanin. Większość studiowała filozofię lub coś pokrewnego, więc z naszą ekonomią i psychologią nieco odstajemy od normy. Wszyscy natomiast są w miarę mili i można z nimi fajnie pogadać. Zapowiada się na ciekawe i sympatyczne 2 tygodnie!

2 komentarze:

  1. Gramatyczna policja, proszę otworzyć!
    Obywatela Meksyku nazywa się Meksykaninem, a nie Meksykańczykiem.
    Tym razem skończy się na upomnieniu, ale następnym razem będzie mandacik.
    Do widzenia!

    OdpowiedzUsuń