Tradycja akademicka w Princeton? Thomas D'Andrea ocenia ją krytycznie. Na uniwersytet trafia coraz więcej imigrantów z różnych stron świata, a starych zwyczajów uczelnianych jest zbyt mało, aby dostarczyć wszystkim studentom wspólnego języka. W rezultacie kontakt przybyszów z historią miasta i samej wszechnicy staje się powierzchowny, a gdy po paru latach opuszczają mury uniwersytetu, nie są z nim związani tak mocno, jak absolwenci niektórych innych uczelni (D'Andrea podaje tu zwłaszcza przykłady Oksfordu i Cambridge, dobrze mu znanych dzięki temu, że sam jest pracownikiem akademickim w Wielkiej Brytanii).
Tak oto jedna z najsłynniejszych uczelni świata stopniowo traci swój dawny charakter, stając się tylko (a może "aż", skoro piszę to z polskiej perspektywy) jednym z kilkunastu ważnych amerykańskich uniwersytetów.
Przy okazji warto wspomnieć o krótkiej historii uczelni wyższych w USA, którą podczas jednego z wykładów przedstawiła Susan Hanssen. Wiele z uniwersytetów w Ameryce Północnej powstało w pierwszej połowie XVIII wieku jako liberal arts colleges (odnoszę wrażenie, że angielski termin brzmi lepiej niż "kolegia sztuk wyzwolonych"). Zakładali je purytanie negatywnie nastawieni do europejskiej polityki (pamiętajmy, że już niedługo zacznie się wojna kolonistów z Brytyjczykami), w tym do coraz silniejszej nowożytnej idei państwa narodowego. Wyjściem, które zaproponowali, był powrót do osłabłej w Europie, szacownej średniowiecznej tradycji artes liberales. Małe amerykańskie kolegia miały kształcić czynnych uczestników ówczesnego życia politycznego i społecznego.
Wszelako w XIX wieku amerykańskie uniwersytety zaczęły przejmować model niemiecki, zakładający funkcjonowanie dużych uczelni skoncentrowanych w znacznej mierze na badaniach naukowych, ze szczególnym uwzględnieniem żywo rozwijających się nauk empirycznych: najpierw fizyki, biologii, chemii, a następnie socjologii czy psychologii. Wraz z przemianami XX wieku doprowadziło to do tego, że rozbieżności między amerykańską oraz europejską edukacją wyższą są obecnie znacznie mniej istotne niż w czasach oświecenia i romantyzmu. Niemniej jednak w USA w dalszym ciągu można dostrzec różnice między małymi "kolegiami" a dużymi "uniwersytetami".
W następnym odcinku -- ciekawostki z historii Uniwersytetu w Princeton!
"a gdy po paru latach opuszczają mury uniwersytetu, nie są z nim związani tak mocno, jak absolwenci niektórych innych uczelni" - co pewnie przekłada się też na pozyskiwanie od nich później kasy?
OdpowiedzUsuń+1 :)
"co pewnie przekłada się też na pozyskiwanie od nich później kasy?"
OdpowiedzUsuńDobre pytanie -- nie mam zadnych informacji na ten temat, ale to moglby byc niezly sprawdzian empiryczny dla pogladow Toma.
PS. Zastanowilem sie nad tym, zapytalem Wojtka i nie mozemy dac glowy, ze D'Andrea faktycznie sie wypowiadal o slabnacym zwiazku absolwentow Princeton z uczelnia (musialem cos pomieszac w notatkach). Wydaje mi sie, ze bylby to logiczny wniosek z tego, co mowil, ale uczciwosc intelektualna nakazuje mi zaznaczyc, jak sie rzeczy maja. ;-)
OdpowiedzUsuń