niedziela, 7 sierpnia 2011

Środa 3 sierpnia

Tradycja akademicka w Princeton? Thomas D'Andrea ocenia ją krytycznie. Na uniwersytet trafia coraz więcej imigrantów z różnych stron świata, a starych zwyczajów uczelnianych jest zbyt mało, aby dostarczyć wszystkim studentom wspólnego języka. W rezultacie kontakt przybyszów z historią miasta i samej wszechnicy staje się powierzchowny, a gdy po paru latach opuszczają mury uniwersytetu, nie są z nim związani tak mocno, jak absolwenci niektórych innych uczelni (D'Andrea podaje tu zwłaszcza przykłady Oksfordu i Cambridge, dobrze mu znanych dzięki temu, że sam jest pracownikiem akademickim w Wielkiej Brytanii).

Tak oto jedna z najsłynniejszych uczelni świata stopniowo traci swój dawny charakter, stając się tylko (a może "aż", skoro piszę to z polskiej perspektywy) jednym z kilkunastu ważnych amerykańskich uniwersytetów.

Przy okazji warto wspomnieć o krótkiej historii uczelni wyższych w USA, którą podczas jednego z wykładów przedstawiła Susan Hanssen. Wiele z uniwersytetów w Ameryce Północnej powstało w pierwszej połowie XVIII wieku jako liberal arts colleges (odnoszę wrażenie, że angielski termin brzmi lepiej niż "kolegia sztuk wyzwolonych"). Zakładali je purytanie negatywnie nastawieni do europejskiej polityki (pamiętajmy, że już niedługo zacznie się wojna kolonistów z Brytyjczykami), w tym do coraz silniejszej nowożytnej idei państwa narodowego. Wyjściem, które zaproponowali, był powrót do osłabłej w Europie, szacownej średniowiecznej tradycji artes liberales. Małe amerykańskie kolegia miały kształcić czynnych uczestników ówczesnego życia politycznego i społecznego.

Wszelako w XIX wieku amerykańskie uniwersytety zaczęły przejmować model niemiecki, zakładający funkcjonowanie dużych uczelni skoncentrowanych w znacznej mierze na badaniach naukowych, ze szczególnym uwzględnieniem żywo rozwijających się nauk empirycznych: najpierw fizyki, biologii, chemii, a następnie socjologii czy psychologii. Wraz z przemianami XX wieku doprowadziło to do tego, że rozbieżności między amerykańską oraz europejską edukacją wyższą są obecnie znacznie mniej istotne niż w czasach oświecenia i romantyzmu. Niemniej jednak w USA w dalszym ciągu można dostrzec różnice między małymi "kolegiami" a dużymi "uniwersytetami".

W następnym odcinku -- ciekawostki z historii Uniwersytetu w Princeton!

Wtorek, 2 sierpnia

Ostatnie dni w całych Stanach Zjednoczonych upłynęły pod znakiem wielkiego sporu o amerykański dług publiczny. Jeżeli Kongres nie uchwali ustawy podwyższającej dopuszczalny poziom długu (który swoją drogą wzrósł o jakieś 100% podczas rządów George'a Busha, w sporym stopniu zapewne wskutek wojny w Iraku), konsekwencje dla gospodarki USA będą katastrofalne. Nawet jeżeli Republikanie i Demokraci (tudzież przedstawiciele Partii Herbacianej, równie dziwnej jak jej nazwa) zdołają się w końcu porozumieć, to jedna wiadomość i tak poszła w świat: Stany Zjednoczone Ameryki są kolosem na glinianych nogach. Dobrobyt lat siedemdziesiątych trwa już tylko we wspomnieniach.

Tyle o wielkim świecie, wracamy do małego (30 tysięcy mieszkańców) Princeton. Seminaria to jednak głównie wykłady, tak jak przewidywał wujek Wojtka. Przypuszczałem, że będą mieć bardziej ćwiczeniowy charakter. Liczyłem też na to, że szybciej zaczniemy pracę nad tekstami, które mieliśmy zawczasu przeczytać; na razie rozmawiamy (czy raczej słuchamy) przede wszystkim o ogólnych kontekstach i założeniach. No, ale zobaczymy, co będzie dalej.

Tymczasem wypada jeszcze opisać naszego drugiego wykładowcę, z którym mamy dwie trzecie zajęć (łączny program kursu obejmuje trzy seminaria dziennie: od 9.15 do 10.45, od 11 do 12.30 oraz od 14 do 15.30). Thomas D'Andrea na co dzień pracuje na Uniwersytecie w Cambridge w Wielkiej Brytanii, ale wszystko wskazuje, że podobnie jak Susan Hanssen jest Amerykaninem. Nie przypomina jednak stereotypowego mieszkańca tego kraju: wydaje się raczej introwertykiem, niekiedy ścisza głos tak bardzo, że trudno go zrozumieć.

Ciekawe, którego z prowadzących pod koniec zajęć ocenię wyżej.


PS. Jak się w końcu okazało, amerykańscy kongresmeni z trudem doszli do porozumienia. Ale ich krótkowzroczność nie pozostała bez konsekwencji. Ocena wiarygodności kredytow udzielanych rządowi Stanów Zjednoczonych została obniżona, z maksymalnego poziomu AAA do znacznie mniej satysfakcjonującej rangi AA+.

Obywatele USA już wkrótce odczują to wszystko na własnej skórze, kiedy wzrosną stawki kredytów w bankach krajowych. Ale być może najważniejszym skutkiem kryzysu w Kongresie będzie utrata wiary w siłę amerykańskiego giganta, i tak już mocno nadwerężonej załamaniem finansowym roku 2008.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Poniedziałek, 1 sierpnia


1.
Wojtek: So what’s typical American food?
Matthew: That’s a good question actually…we can do pretty good pizza or pasta, and a hamburger of course…
Wojtek: But that’s not really American, that’s immigrant food!...

Z rozmowy tej wyłonił nam się obraz Stanów Zjednoczonych jako mieszanki różnych narodowości, które wprawdzie żyją obok siebie, ale nie za sobą. Innymi słowy, jest zaskakująco mało mieszania się kultur i wzajemnych wpływów różnych narodowości (zwłaszcza jeśli chodzi o jedzenie). Staszek, nasz dyżurny psycholog, zasugerował, że być może grupy imigrantów (które przecież uciekły ze swoich ojczyzn najczęściej w formie protestu na zmiany, jakie w nich zachodziły) podkreślają swoją tożsamość właśnie poprzez niezależność kuchni i zwyczajów. Matthew przytaknął i w ten sposób mieśmy fast answer (jakościowo podobne do fast food) na pytanie o brak stricte amerykańskich potraw.

2.
Pierwszy dzień wykładów zasługuje na to, żeby je opisać. Przede wszystkim jednak wypadałoby napisać o wykładowcach, ale ci niejako wymykają się słowom. Zwłaszcza Susan Hansen, historyczkę. Ale i tak spróbuję.

Wyobraźcie sobie Robina Williamsa w filmie „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, kiedy roztacza przed swoimi studentami sens analizowanej poezji, sam wciela się w postacie, o których opowiada


Dodajcie do tego energię Aragona, który przekrzykuje wiatr i szczęk zbroi i zagrzewa wszystkich do walki:


Żeby przedstawienie było pełne, wyobraźcie sobie jeszcze, że Dr. Hansen bardzo lubi pisać kredą na tablicy. Kończy się to abstrakcyjną kompozycją liter i linii, które stanowią symboliczne przedstawienie tematu…


Niedziela, 31 lipca

(Uwaga czytelnicy! Nasz blog jest opóźniony o: 4 dni. Opóźnienie bloga może ulec zmianie.)


1. Wmaszerował amerykański sztandar i dwie kolumny kombatantów w rogatywkach błyszczących od orderów. On szedł na końcu.

- Good morning! – krzyknął.
- Good morning! – odpowiedzieli chórem zebrani.

Zagrało pianino, a dziewczyna ciągnęła pieśń w tonacji pop. 20 minut później wszyscy wokół zaczęli podawać sobie ręce i machać do tych, których nie mogli dosięgnąć. Jakaś starsza pani 3 rzędy dalej puściła mi nawet „oczko”.

Nie wiem jak czuł się z tym Chrystus na krzyżu, który miał być, jak się zdaje, w centrum tego wszystkiego. Może tak jak ja, trochę nieswojo. Ale z drugiej strony, na pewno podobało mu się głębokie kazanie, które wygłosił diakon. Albo pełne napięcia i oddania twarze zebranych na mszy starszych ludzi. Albo czytanie, które wypowiedziane głębokim amerykańskim (niemal filmowym) głosem brzmiało przejmująco, jak gdyby to sam apostoł odczytywał swój list do zgromadzenia. Zdaje się, że amerykańska religijność niejednym nas jeszcze zaskoczy.

2. Ostatnią rzeczą, której chciałoby się spodziewać po emigrantach, którzy zostawili za sobą Europę z jej wiekową tradycją, kulturą i stylem jest to, że – kiedy już dopłyną do swojej ziemi obiecanej – zbudują swoje państwo na wzór tego, które zostawili za oceanem. Przykładów na to jest wiele, a Uniwersytet w Princeton jest jednym z nich. Neogotyckie college i kościoły, żywcem przeniesione z Oxfordu i Cambridge, dają złudzenie wielu lat tradycji (podobnie zresztą ma się rzecz w Harvardzie, Yale, William and Mary i wielu innych uniwersytetach w Stanach).

Princeton, chociaż malutkie, jest urocze. Campus jest pełen zieleni i ścieżek, które geometrycznie dzielą go na części (co i tak nie ratuje nas od gubienia drogi). Nie ma tu nic, co mogłoby psuć bajkowy krajobraz. Są natomiast słupki z niebieskimi światełkami znaczącymi miejsca, z których telefonem wewnętrznym można wezwać pomoc.

Ponadto na każdym kroku widać lojalność (albo niepisany przymus) dawnych absolwentów względem swojej uczelni: prawie każdy budynek, plac czy alejka są sponsorowane przez indywidualnego darczyńcę albo grupę z konkretnego rocznika. Nadaje to budynkom ludzką twarz bardziej, niż rzeźby zasłużonych w świecie Princetończyków…

3. Jest nas 23. 20 Amerykanów, 2 Polaków i Meksykanin. Większość studiowała filozofię lub coś pokrewnego, więc z naszą ekonomią i psychologią nieco odstajemy od normy. Wszyscy natomiast są w miarę mili i można z nimi fajnie pogadać. Zapowiada się na ciekawe i sympatyczne 2 tygodnie!

wtorek, 2 sierpnia 2011

Sobota 30 lipca

1. Rasizm czy ponura rzeczywistość? Czarnoskórzy Amerykanie to zaledwie 12% społeczeństwa, a jednocześnie ponoć aż 80% więźniów. Zatem czy niechęć do tego, by mieć Murzyna za sąsiada, pracownika czy lokatora, to rzeczywiście uprzedzenie? Z drugiej strony ta negatywna reputacja wpływa na to, że standard życia czarnoskórych oraz ich sytuacja społeczna są najczęściej dużo gorsze niż u białych, co sprzyja wysokiej przestępczości. W ten sposób koło się zamyka i nawet czarnoskóry prezydent nie ma na to wielkiego wpływu, bo oprócz zmian w amerykańskiej świadomości potrzebne są też zmiany w systemie.

2. W Stanach nie chodzi się piechotą; amerykańska średnia to ponad dwa samochody na rodzinę. Paramus, w którym zatrzymaliśmy się na trzy dni, jest siecią ulic i autostrad, wokół których wyrosły centra handlowe z wielkimi parkingami oraz piękne domy otoczone mnóstwem zieleni. Życie płynie albo w domu, albo w mallu – trudno byłoby kogokolwiek podejrzewać o chęć przechadzek wzdłuż pięciopasmowych ulic. Nie ma też ani autobusów miejskich, ani ścieżek rowerowych, ani nawet chodników poza terenem osiedli. Przestrzeń publiczna jest zbyt rozległa, żeby spotykać się z nią sam na sam. Niezbędny jest pośrednik: samochód.

3. Ameryka to dziwna kraina, w której płaci się za odbieranie SMS-ów. Dobrze przeczytaliście, odbieranie. Wiedziałem, że musi istnieć taka dziedzina życia, w której mieszkańcy Stanów Zjednoczonych nie są jeszcze ucywilizowani. Trzeba im jednak oddać, że pod pewnym względem ucywilizowali się aż za bardzo: telefon z kontraktem na 90 dni można teoretycznie zwrócić nawet po 90 dniach użytkowania (byle w oryginalnym pudełku). Nie trzeba podobno żadnych tłumaczeń, wystarczy być niezadowolonym z jakości produktu. Już się zastanawiamy, czy we wrześniu to zadziała…

4. Co oprócz starej nokii z nowym numerem można kupić w Ameryce? Między innymi czajnik z oryginalną harmonijką Hohnera, który gwiżdże – czajnik, nie Hohner – na dwa tony. A co można zobaczyć na biurku pracownika AAA (związku 51 klubów samochodowych, który oferuje bezcenną pomoc podróżującym autem przez Stany)? A Clash of Kings, drugi tom coraz lepiej znanego cyklu George’a Martina. W Nowym Jorku jest już autobus pomalowany w barwy Gry o tron, toteż czekamy tylko na billboardy wyświetlające sceny z serialu.

Może wtedy Wojtek w końcu się zgodzi obejrzeć przynajmniej dwa odcinki? Trzymajcie kciuki!

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Piątek 29 lipca

– Staszku, teraz twoja pora na wpis.

– Ale ja nie mam tutaj laptopa.

– No to pisz na papierze.

– Na papierze będę pisał bloga? Jak zwierzęta?!

Piątek najlepiej streszcza hasło: perfect timing. Na plażę w New Jersey wujkowie Wojtka przywieźli nas o 16.05 – później niż zamierzaliśmy, a to z powodu dużego ruchu. W USA jest tyle samochodów, że zatory powstają nawet na pięciopasmowych drogach. Ale nie ma tego złego, co by na tańsze nie wyszło: ciepłe wody Atlantyku (i niemałe fale) były płatne, jednak tylko do 16. Oszczędziliśmy w ten sposób po trzy dolary. Czas sprzyjał nam także później: tuż po tym, jak trafiliśmy do nadbrzeżnej restauracji, zaczął padać ulewny deszcz. How much is this umbrella?, wołał do jednej ze śmiałych Amerykanek wujek Wojtka – niestety parasolka nie była na sprzedaż.

Przy okazji zobaczyliśmy, że Amerykanie są naprawdę bezpośredni. Wujek stwierdził, że jego drink ma za mało alkoholu, i poskarżył się kelnerce, przytaczając recepturę. Ciocia natomiast odmówiła przyjęcia głównego dania, jakie jej przyniesiono, bo ryba była „jakaś nie taka”. Caithlyn, która nas obsługiwała, przyniosła nowe porcje bez jednego mrugnięcia, z uśmiechem na ustach. Widocznie w Stanach dobrze zdają sobie sprawę z tego, że lepiej stracić kilka dolarów, niż klienta i jego sieć społeczna. Gdyby z zamianą porcji były problemy, wujkowie Wojtka zapewne nie odwiedziliby już tego miejsca, może tez odradzaliby to znajomym. A co na to wszystko polscy restauratorzy?

Swoja drogą budynki w New Jersey są piękne. Chyba większość domów w tym stanie ma albo fasadę z cegieł, albo tzw. boarding, czyli elewację z poziomych lub pionowych desek zachodzących na siebie jak dachówki. Przypomina to nieco (tak przynajmniej twierdzi Wojtek) skandynawskie domki, ale one są nierzadko budowane w całości z drewna, a tutaj służy ono jedynie jako budulec fasady. Da się też dostrzec podobieństwo do domków w Anglii (tak przynajmniej twierdzi Wojtek).

Tak czy inaczej, architektura domów w New Jersey urzeka: dobrze dobrane kolory, wyraźny styl z klasycyzującymi detalami, no i przede wszystkim to, że zarówno same budynki, jak i ich otoczenie są po prostu w bardzo dobrym stanie. Kiedy w Polsce budowano perły architektury sowieckiej i bloki osiedlowe – dziś niszczejące – tutaj powstawały rzędy domków, które do tej pory wyglądają czysto i schludnie.

Jedyny problem: mało czytamy. Nie zdążyliśmy przeczytać wszystkich lektur na zaczynające się w poniedziałek seminarium, a nasza średnia z ostatnich dwu dni to jakieś 10 stron na dobę. Lekturze nie sprzyja ani krótki sen w nocy ze środy na czwartek, ani twarda walka z jet lagiem. Chyba nie przeczytamy wszystkiego – pozostaje nadzieja, że inni uczestnicy kursu są studentami godnymi swego miana.

Na koniec chciałem pozdrowić notatki Wojtka, które przyczyniły się do powstania tego wpisu. Dziekuję za to, że jesteście zawsze blisko!

piątek, 29 lipca 2011

28 lipca

Uwielbiam polskie cukierki! – powiedział rudy Amerykanin, którego Staszek poczęstował krówkami – mają zawsze takie dziwne nazwy, które nijak się mają do smaku cukierka: wiewiórki, króliki…

Nigdy nie słyszałem, żeby Wedel albo inny rodzimy producent sprzedawał wiewiórki…krówka natomiast przełamała lody i rozmowa gładko potoczyła się dalej. Nasz sąsiad okazał się być niezależnym fotoreporterem i właśnie wracał z Europy, gdzie pracował nad jakimś projektem. Spośród dziedzin fotografii, w których zarabia wymienił…proposal photography. Nie fotografię ślubną, ale zaręczynową: narzeczony w tajemnicy wynajmuje fotografa i wtajemnicza go w miejsce i przebieg „akcji”. Fotograf musi, niczym szpieg, siedzieć incognito nieopodal i czekać na właściwy moment, magiczne „5 sekund”, żeby oddać „strzał” ze swojego aparatu. Tylko tak ma szansę uchwycić naturalną ekpresję zaskoczenia i radości.

W trakcie naszej rozmowy Amerykanin rzucił słowo „hiking”, więc postanowiłem pociągnąć go za język i dopytać. Okazało się, że zjechał i schodził wiele parków narodowych i polecił nam kilka swoich ulubionych miejsc. Bezcenne. Chyba zmęczyłem go pytaniami, bo potem zajął się już swoimi zdjęciami.

Później zabraliśmy się ze Staszkiem za czytanie. 8 godzin powinno wystarczyć na dokończenie 100 stron książki. Okazało się, że nie wystarczyło nawet na 40, bo co 3 strony zamykały nam się oczy…

Po wylądowaniu wybrali nas losowo na prześwietlenie bagażu:
- Where are you from?
- Poland.
- Do you have any "kielbasa"?
- Yyy...no? We only have a few sandwiches...
- How many "kanapkis" do you have?

Okazało się, że Staszek wziął na drogę kanapki i kabanosy, więc musieliśmy czekać, aż umundurowany strażnik w gumowych rękawiczkach ostrożnie odwinie folię i zajrzy między skibki. W tym czasie widzieliśmy, jak inna celniczka wyjmuje z czyjejś torby naręcza liści i łodygi jakiejś zieleniny. Tyle.